Czasami

Czasami rozmawiam z nimi

Poetami, którzy odeszli

Bo któż, jak nie oni

Zrozumie trudy ciągłego

Przyszywania guzików codzienności

Igła ironii kaleczy palce

A stamtąd, skąd powinna

Biec mocna nić

Wielbłąd łypie okiem

W moich dłoniach materia

Tak podatna na rozdarcie

I wciąż niepozapinana

Budzi niepokój

Śledzę wykroje twarzy innych

Dokumentację ich uśmiechów

W tle maszeruje terakotowa armia

Palmy kołysze egzotyczny wiatr

Przepaść jest o krok

A oni niewzruszeni

Jakby przeszyci

Maszynowym szwem