slideshow 0 slideshow 2 slideshow 3 slideshow 4

Bajka "Kim jest Ako?"

KIM JEST AKO?
ROZDZIAŁ I
ADA I ADI

Na osiedlu zwyczajnych domków żył sobie chłopiec o imieniu Adam, nazywany wśród rodziny i przyjaciół Adi. Chociaż był dopiero dziewięciolatkiem, już miał trudne zadanie do wykonania. Każdego ranka musiał opowiedzieć młodszej siostrze taką bajkę, która sprawiłaby, że Ada zapomni o smutku rozstania z bliskimi oraz swoimi zabawkami. Rodzice dzieci pracowali, więc dziewczynka chodziła do przedszkola. Czteroletnia siostrzyczka nie słuchała z uwagą opowieści nikogo innego niż brat, chociaż Adiego próbowali wyręczać : "Bardzo Zajęta Mama", "Często Wyjeżdżający Tata", a także "Pani Ko", czyli kolejna, zatrudniona do odwożenia Ady, opiekunka. Pewnego ranka, kiedy mama już pojechała do pracy, tata był w delegacji, Pani Ko przyszła w wyjątkowo złym humorze i postanowiła, że oduczy Adelkę słuchania porannych historii, bo kto to widział, żeby opowiadać bajki na dzień dobry, co tylko opóźnia wyjście z domu i niepotrzebnie zabiera chłopcu czas. Jednak Adi wcale nie czuł się obciążony tym obowiązkiem, przeciwnie, bardzo lubił wymyślać przygody, które zaintrygowałyby siostrę. Kiedy zobaczył smutną minę dziewczynki i łzy w jej oczach, postanowił nie pozwolić opiekunce na wprowadzenie nowych porządków. Udał, że nie słyszy co mówi Ko i zaczął swoją opowieść:
- Za górami, dolinami, morzami i oceanami jest kraina, gdzie rosną magiczne lasy, pełne drzew umiejących chodzić. Nie robią one tego tak jak ludzie, nie potrzebują butów, ale wypuszczają za każdym razem nowe, nadziemne korzenie, opierają się na nich jak na lasce i powolutku przesuwają w lepsze do życia miejsce. Drzewni wędrowcy na pewno chcieliby szybciej stawiać kroki. Teraz potrafią dziennie przejść tylko dwa centymetry, więcej ma nawet mały paluszek dziecka. - Tutaj Adi musiał przerwać opowiadanie, gdyż czas naglił, ale obiecał zainteresowanej dalszym ciągiem siostrze, że dokończy wieczorem. Dziewczynka bez protestów wsiadła do auta prowadzonego przez zirytowaną Panią Ko, a chłopiec pobiegł do położonej nieopodal szkoły podstawowej.
Adam od niedawna mieszka w mieście, w którym go spotkaliśmy, dlatego wciąż czuje się obco wśród kolegów i koleżanek, ale niedługo jego klasa, pojedzie na zieloną szkołę, chłopiec ma nadzieję, że tam wszystkich pozna i może nawet się z kimś zaprzyjaźni.
Wieczorem, kiedy cała rodzina jest wreszcie w komplecie, kolacja zjedzona, zęby umyte, czas na dalszy ciąg bajki.

ROZDZIAŁ II
WĘDRUJĄCA PALMA I GOŚĆ

Wśród chodzących drzew mieszkało wiele zwierząt, rosły też zwyczajne rośliny, takie które nie umieją sie przesuwać. One tylko potrząsały ze zdumieniem liśćmi, na widok sąsiadki wyrywającej mocujące ją z tyłu napowietrzne korzenie, opierającej się na nowych, wypuszczonych z przodu i ruszającej przed siebie. Najwięcej wrzasku narobiły papugi ary, które siedziały wśród palmowych liści,wygladając jak barwne kwiaty. Kto by pomyślał, że jeden malutki krok tyle zmieni w życiu wielu leśnych zwierząt.
Otóż, spośród nadziemnych korzeni palmy Pony, przypominających złożony z patyków namiot, wybiegło bardzo przestraszone stworzenie, niepodobne do innych. Nie miało piór jak ptaki, nie było malutkie niczym mrówki, nie dało się na nim dostrzec żadnego śladu małpiego futerka, czy też wilgotnej skóry drzewołaza. Stało samotne, jakby zdziwione tym, że jest. Nie mniej zdziwiony jego widokiem byłby człowiek, ale do środka tego lasu bardzo rzadko zaglądali ludzie. Na razie nikt nie zauważył spłoszonej istoty. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami, ponieważ palma ruszając z posad narobiła niezłego bałaganu. Tymczasem gość był bardzo interesujacy. Pierwsze co rzucało się w oczy to zielono-niebieski pancerzyk, przypominający wypolerowany malachit, złozony z mnóstwa trójkącików elastycznie połączonych, szczelnie otaczających całe ciało. W chwili, gdy istota zmieniała pozycję, było widać, że powłoka się rozciąga i nie pozostaje sztywna, jak chociażby pancerz zółwi. Na niedużej głowie, z pyszczkiem w kształcie ryjka, błyszczały ogromne, bardzo ruchliwe oczy. Co dziwne, jedno patrzyło na wprost, a drugie w bok. Tym drugim zwierzątko dostrzegło pełznącego węża, szybko wskoczyło na pień wielkiego, wyglądającego stabilnie drzewa i rozpoczęło wspinaczkę, nie wykazując się zbyt dużą zwinnością. Na grzbiecie uciekiniera, można było zauważyć twór kształtem przypominający plecak. Przed wężem zmykał nie tylko, jak dotąd bezimienny gość, ale też Nuppi, podobny do brązowej żabki drzewołaz.
Nuppi miał czarno białe pasy po bokach ciała i mimo małych rozmiarów wyglądał wojowniczo, a ponieważ żywił się trującymi mrówkami, też był na swój sposób jadowity. Jednak wąż wcale by się tym nie przejął, już dawno potrafił neutralizować trucizny, a do tego umiał wpełznąć na drzewo i tam polować, dlatego umykający w górę nie byli tak bezpieczni, jak im sie wydawało. Pona, ruszająca w dobrym momencie na spacer, znowu zaczęła hałasować i powodować ruchy ziemi wokół siebie. Wyjątkowo nie lubiący wstrząsów, gadzi napastnik uciekł z miejsca, gdzie ziemia drży mu pod brzuchem. Nie mogę dokończyć opisu dziwnej istoty, bo już do wieczora nie pokazała się nikomu. Poczekajmy aż nastanie drugi dzień.

ROZDZIAŁ III
WALKA O SŁOŃCE I AKO

Wydawało by się, że nie ma bardziej pokojowych form współistnienia na Ziemi, niż te pomiędzy drzewami, jednak w samym sercu lasu trwała zaciekła rywalizacja. Palma Pona, spośród korzeni której wyłonił się niezidentyfikowany przybysz, nie bez powodu zaczęła chodzić. Pragnęła uciec z cienia wielkiego, jak drapacz chmur puchowca, zachłannie zatrzymującego promienie słońca dla siebie. Słuchając szelestu liści można być świadkiem wielu ciekawych rozmów. Na przykład Pona przepraszała dziś o poranku sąsiadów i sąsiadki za rozgardiasz, którego stała się powodem:
- Wybacz Nuppi, że spadłeś, kiedy wyrywałam mój piąty korzeń, chciałam zrobić to delikatniej, ale wróśł za mocno w ziemię i stawiał opór. Jestem coraz bardziej głodna i zła na puchowca, że tak się rozrósł, rozpanoszył. Nie dość, że przesłania słońce, to jeszcze wypija wszystkie soki z ziemi, niedługo nic nie zostanie dla innych.
Nuppi jednak nie wykazał się zbyt dużym zrozumieniem I odpowiedział:
- Musimy starać się robić jak najmniej krzywdy innym, a przez ciebie omal nie zginęły moje dzieci, na szczęście po pierwszym incydencie przeniosłem kijanki do wody. O tak gwałtownych ruchach trzeba uprzedać.
Pona próbowała się bronić:
- Przecież nie żyjesz tu od wczoraj, ani ja nie przesuwam się po raz pierwszy. Też wolałabym rosnąć w jednym miejscu i mieć spokój, ale robię co muszę. Ty zjadasz mrówki, więc nie jesteś taki idealny.
- Jem tyle ile muszę, żeby przeżyć. - Odpowiedział drzewołaz, i dodał:
- Poza tym, gdyby nie tacy jak ja, owady rozmnożyłby się do rozmiarów plagi. Owszem, już nieraz się przesuwałaś, ale nigdy bez ostrzeżeń.
Zawstydzona Pona stała cichutko i dziękowała, że nie ma wiatru, który zmuszał ją do mówienia nawet wtedy, kiedy nie miała na to ochoty. Tak naprawdę brakowało jej dobrego argumentu, żeby nie przyznać racji Nuppiemu.
Wtem rozległ się głos:

A kto to, kto tu jest
Kto chowa się wśród drzew
Czyje oczy błyszczą zza lian
Czemu nie chce ruszyć w tan
Przez niego marszczę brew
Policzę teraz do trzech
Potem zrobię mu bojowy chrzest
Jeśli zaraz nie powie kim jest

Taki wierszyk ułożyła na poczekaniu zawadiacka małpka i zwisając na długim ogonie zaczęła odliczanie. Kiedy krzyknęła - trzy, do połowy pnia zsunął się wczorajszy przybysz i cichutko powiedział:
-Mam na imię Ako, tyle pamiętam, ale naprawdę nie wiem kim jestem i skąd się tu wziąłem.

ROZDZIAŁ IV
KAPUCYNKA KAPKA I TRENING

Nuppi na wszelki wypadek schował się w zaroślach, w końcu nie wiedział co taki Ako jada, za nic nie chciał stać się przekąską dla dziwnego nieznajomego. Natomiast małpka - Kapka, obejrzawszy z góry przybysza stwierdziła, że nie stanowi on dla niej zagrożenia, więc postanowiła przeskoczyć w jego pobliże. Jej efektowny sus przeraził Ako, który zsunął się w dół tak szybko, że spod jego pazurów posypały się iskry. "Całe szczęście, że nasz las paruje od wilgoci" - zaszumiały drzewa. "Od takiej nieuwagi może zacząć się pożar" - zaskrzeczała papuga. Ako wsunął się znów między korzenie Pony, złożył swoje podobne do kwiatów tulipana uszy i postanowił udawać, że go nie ma. Palma pragnąc przypodobać się otoczeniu i zatrzeć złe wrażenie, jakie zrobiła wprowadzając zbyt gwałtowne zmiany położenia, zdradziła kryjówkę przybysza szeleszcząc "Tutaj jest, u mnie jest". Nuppi ostrożnie wystawił głowę i obserwował co będzie działo się dalej. Kapka, która rzadko opuszczała górne partie drzew i nie miała w zwyczaju zapuszczać się tak nisko, aż piszczała z ciekawości. Zeszła na ziemię, po czym zaraz zaczęła kichać, co usłyszała jej mama. Z góry rozległ się głos:
- Gdzie znowu poszłaś, wiesz że na dole jest chłodniej, źle znosisz niższe temperatury, zaraz się przeziębisz, szybko wracaj do domu!
Na co Kapka, jak to mają w zwyczaju wszystkie dzieci odparła:
- ZARAZ! - Po czym podeszła do ukrywającego się Ako i zakomunikowała:
- Wyłaź stamtąd, bo Cię wyciągnę, a to nie będzie miłe.
Po raz drugi Ako dał się zastraszyć, wyszedł i zaraz został poddany dokładnym oględzinom.
- Masz jakieś pół metra wzrostu, dziwaczne uszy i ładny kolor. Czy umiesz po ziemi chodzić na czterech łapkach? - zapytała małpka.
Ako posłusznie spróbował chodzić jak kapucynka, jednak miał górne kończyny za krótkie w stosunku do dolnych i przewrócił się na ryjek co rozśmieszyło Kapkę. Umorusany i zmęczony wstał podpierając się krótkim szerokim ogonem.
- Rozłóż uszy
Dyrygowała Kapka. Zaciekawiony Nuppi wszedł na konar i z góry przyglądał się nie widzianej nigdy istocie.
Uszy Ako miały właściwość stulania się i rozpościerania niczym niektóre kwiaty, po złożeniu wyglądały niepozornie, ale przy rozchylonych płatkach sprawiały wrażenie, że chłoną wszystkie dźwięki. Kapka szybko zauważyła, że zmieniają one kolor w zależności od głośności i prowokowała papugi do skrzeczenia. Nie wiadomo, jak by się skończyła zabawa kapucynki, gdyby nie decyzja mamy, która przyszła po córkę z obawy przed zmianą pogody. Nie słuchając sprzeciwów kazała Kapce włazić na swój grzbiet, po czym wspięła się błyskawicznie do położonego wysoko domu.
Zaraz potem zaczął padać deszcz tak gwałtowny, że strugi przedostawały się łatwo nawet przez bardzo szczelny parasol liści. Każdy mieszkaniec (i gość też) ukrył się, żeby przeczekać burzę. I tak siły natury wybawiły Ako z rąk Kapki.

ROZDZIAŁ V
NUPPI I NOCNY SPACER

Po północy tropikalna burza ucichła, a deszcz przestał padać, jednak krople wody wciąż spadały z drzew denerwując Nuppiego. Wszyscy, którzy nie cierpią cieknących kranów świetnie zrozumieją jego irytację. Nie mogąc spać (wbrew panującemu powszechnie przekonaniu, nasz drzewołaz nie był nocnym markiem) Nuppi poszedł na spacer. Wtem wyłonił się przed nim, jakby znikąd , Ako świecący niczym neon, i powiedział:
- Nie bój się, ja nie jem zwierząt, ani małych, ani tych nieco większych, zresztą roślin też nie.
To jakim cudem istniejesz, zapytał Nuppi i kontynuował:
- Przecież wszystkie żywe istoty muszą jeść, żeby mieć energię chociażby do chodzenia, mówienia, śpiewania, fruwania, patrzenia....
Właśnie, przerwał mu Ako. Po czym wypowiedział najdziwniejsze słowa, jakie dotąd usłyszeli: drzewołaz i wścibska Pona.
Otóż niezwykły gość zakomunikował:
-Potrzebuję, żeby ktoś pomógł mi rozstrzygnąć, czy ja jestem prawdziwym, żywym stworzeniem, czy może raczej robotem, albo czymś jeszcze innym.
Nuppi nie miał pojęcia, co to takiego, ten robot, ale Pona, zbyt zaaferowana, aby dalej udawać , że wcale nie podsłuchuje, wiedziała o czym mówi Ako i włączyła się do rozmowy:
- Kiedyś latał nad nami, podobny do wielkiego komara stwór, opadł za nisko i oplotły go pnącza, nie mógł się już stąd wydostać, długo bzyczał zanim znieruchomiał. Kapka próbowała z nim porozmawiać, groziła mu jak tobie, w końcu razem z innymi kapucynkami rozmontowały go na części. Nie znalazły nic co wytłumaczyłoby, czemu coś co wygląda jak żywe, wcale takie nie jest.
Wybacz, zwrócił się do Ako Nuppi:
- Nie mam pojęcia jak moglibyśmy cię wesprzeć, zresztą wolałbym, żeby ewentualnych testów dokonywał ktoś mniej jadowity ode mnie, i mający więcej zmysłów niż Pona, która może pochwalić się tylko świetnym czuciem słońca. W końcu nawet zaczeła chodzić, żeby dotrzeć tam, gdzie nic nie przesłania jego promieni, ale to jest marzenie ściętej głowy.
Zapewne dialog nie przepadających za sobą drzewa i płaza trwałby nadal przeradzając sie w kłótnię, gdyby nie zdecydowana reakcja Ako:
- Przestańcie! Ja naprawdę mam duży problem. Nie dość, że nie wiem skąd się tu wziąłem, to na dokładkę pojęcia nie mam do czego służy mi dziwny twór na grzbiecie, jakim cudem rozumiem wszystko co mówicie, wyczuwam emocje i nieomal widzę wasze myśli.
Uważny obserwator mógł pomóc zwierzopodobnemu stworzeniu w rozwiązaniu niektórych dylematów. Otóż wnętrze płatków jego uszu wyraźnie pulsowało w rytm dźwięków dobiegających z otoczenia, roztaczając przy tym (co już wcześniej spostrzegła Kapka) całą paletę barw, to świadczyło o wielkiej wrażliwości. Do tego nozdrza Ako miały po trzy otworki każde, a wiadomo jak ważna jest rola zapachów w komunikacji. Nie mniej istotne były oczy, które potrafiły nie tylko patrzeć w różnych kierunkach jednocześnie, ale jak sie okazało, umożliwiały widzenie w ciemnościach, dzięki nim Ako znowu w porę ostrzegł Nuppiego przed niebezpieczeństwem, Szmaragdowy boa zwisający z drzewa to dostateczny powód, żeby czym prędzej czmychnąć jak najdalej.

ROZDZIAŁ VI: 
PAN HOC I JEGO RODZINA
 

Społecznośc malutkiej części lasu deszczowego, którą obserwujemy chwilowo zapomniała o Ako i jego dylematach, ponieważ jej uwagę przykuła rodzina pana Hoca, w skład której wchodzili: tata - Hoc, mama - Hocka, synek - Hocek i córka - Hoacynka. Wszyscy byli ptakami.
Dorośli roztaczali wokół bardzo nieprzyjemny zapach, dlatego wielu mieszkańców lasu było bardzo niezadowolonych, gdy okazało się, że nagle stali się sąsiadami hoacynów. Jednak czas na protesty minął, ponieważ ptaki miały już dwoje dzieci, a to tłumaczyło żarłoczność rodziców i zataczanie coraz szerszych kręgów w poszukiwaniu pokarmu. Hoacynka i Hocek cały czas spędzali w zbudowanym z patyków, położonym na gałęziach rosnącego nad rzeką drzewa, gnieździe. W porze deszczowej rzeka zalewała dużą część lasu, jednak teraz płynęła spokojnie w swoim korycie.
Ako, który wczoraj w nocy tak nagle znikł, dzisiaj odnalazł się wysoko w koronach drzew i z ciekawością spoglądał w kierunku dzieci pana Hoca. Kiedy postanowił przedostać się bliżej gniazda, nastąpiło coś czego nikt nie mógł przewidzieć. Małe ptaszki wyskoczyły ze swojego schronienia i spadły do rzeki. Zdumienie przybysza szybko przerodziło się w przerażenie. Sprawca desperackiego kroku maluchów skoczył bez namysłu w ślad za nimi, pragnąc ratować uciekinierów. Ten krok ujawnił naturę tworu na jego grzbiecie.
Otóż, gdy spadał w dół, z "plecaka" wystrzelił mały spadochron i pozwolił na bezpiecznie wylądowanie w wodzie. W tym czasie ptasie maleństwa już wypłynęły na powierzchnię, dotarły do brzegu i zaczęły się błyskawicznie wspinać po pniu z powrotem do gniazda. Wciąż tkwiący w wodzie Ako, unosił się na powierzchni dzięki spadochronowi, teraz pełniącemu rolę kapoka, i obserwował jak pisklęta za pomocą haczyków, w które zaopatrzone były ich skrzydła, wracają sprawnie do gniazda. Wtem spostrzegł, że on sam jest w niebezpieczeństwie, ponieważ dryfuje z prądem rzeki, która choć płynęła leniwie, to jednak jej nurt unosił Ako w nieznanym kierunku.
Tu z pomocą przyszedł mały rzeczny delfin, który popchnął dryfujące stworzenie do brzegu. W dodatku delfin był bardzo towarzyski i życzliwy. Widząc jak Ako niezdarnie próbuje wgramolić się na brzeg, podpowiedział:
- Złóż to co masz na plecach, bo teraz jest ci niepotrzebne i ściąga cię w dół.
Jednak właściciel spadochronu nie wiedział jak to zrobić. W końcu metodą prób i błędów znalazł na to sposób. Okazało się, że wystarczy przycisnąć znajdujący się na wysokości klatki piersiowej, jeden jedyny element pancerzyka, który nie jest trójkątem, a kołem. Już z brzegu Ako podziękował wesołemu, różowemu wybawcy, który skakał w wodzie i popisywał się zwinnością:
- Dziękuję ci bardzo za pomoc. Nie miałem pojęcia, że malcy są tak samodzielni. Chciałem ich uratować, a sam w końcu potrzebowałem pomocy.
-Uważaj na siebie, odparł delfin.
- Świat jest pełen tajemnic - dodał filozoficznie i popłynął w swoją stronę.
Tymczasem do gniazda wrócił pan Hoc, żeby nakarmić dzieci i wyskrzeczał:
- Proszę, żeby stworzenie, którego nie umiem nazwać poszło sobie gdzie indziej i nie straszyło moich dzieci.
Ako z chęcią spełnił tą niezbyt grzeczną prośbę, tym bardziej, że jego wrażliwe powonienie cierpiało prawdziwe katusze w zetknięciu z zapachem głowy ptasiej rodziny.

ROZDZIAŁ VII
JEŻELI NIE KAPKA TO KTO?

Jeżeli nie Kapka to kto zaobserwowałby wszystkie zdarzenia ostatnich godzin. Przyłapała Ako w połowie wspinaczki na palmę i zaproponowała:
- Skocz jeszcze raz, tym razem na ziemię, a ja zaraz do ciebie dołączę i porozmawiamy.
W odpowiedzi otrzymała coś, co ją zdumiało. Myślała, że wciąż ma przed sobą tą samą, przestraszoną jej groźbami istotę, a tymczasem Ako oświadczył:
- Ja się wspinam, bo chcę dotrzeć do większej ilości promieni słonecznych. Intuicja mówi mi, że muszę to zrobić natychmiast, a poza tym twoja mama zabroniła ci hasać po ziemi. Źle znosisz niższe temperatury, znowu zaczniesz kichać.
Kapka na chwilę zaniemówiła, po czym wskoczyła na pień, po którym powoli wdrapywał się Ako, (nie mający postury dobrego wspinacza) i zagrodziła mu drogę. Ta kapucynka była wyjątkowo krnąbrną małpką i do tego nie znoszącą sprzeciwu.
- Coś ty powiedział? Jak śmiesz do mnie pyskować!
A następnie próbowała zepchnąć Ako z drzewa. Jednak spotkała ją niemiła niespodzianka. Niby-plecak, którego dotknęła chcąc złapać dziwnego przybysza za grzbiet, okazał się mieć moc nie tylko rozkładania w spadochron, ale też wytwarzał elektryczność. Całkiem jak słynny węgorz, z krążących od dawna w okolicznych lasach legend o rybie, co pokonała wielkiego aligatora. Kapka na chwilę znieruchomiała, jak rażona piorunem, po czym uciekła z wrzaskiem. Ako już bez przeszkód dotarł na szczyt wysokiej palmy, gdzie ułożył się na liściach jak w hamaku, wystawiając raz brzuch, raz grzbiet na słońce.
Nie wiedział, że kapucynka ma bardzo liczną rodzinę, której właśnie opowiada, jakiej krzywdy doznała od przybysza nie wiadomo skąd. Kapka była bardzo przestraszona, miała zmierzwione futerko i jej bliscy uwierzyli we wszystko o czym mówiła. Z tej relacji wyłaniał się obraz Ako, jako niezrównoważonego osobnika, po którym nie wiadomo czego się spodziewać.

ROZDZIAŁ VIII
BALLADA O DZIELNYM AKO

Okazało się, że gadatliwe ary opowiedziały wszem i wobec historię przybycia dziwnego nieznajomego, i to w zupełnie innym duchu, niż relacja Kapki. Chwaliły jeszcze większe ożywienie, i tak już tętniącego gwarem na co dzień, lasu. Nie trzeba było długo czekać, żeby zaczęto układać piosenki o przygodach przybysza. W rytm jednej z nich szeleściły dzisiaj drzewa, tupały okapi, stukały dziobami tukany, nawet mrówki grzybiarki chodziły do taktu:
W naszym domu, gdzie nie tylko boa
Są gotowe udusić, lecz także
Roślina roślinę podstępem
Oplata bez litości a wraże,
Czepne wąsy, i kolce, i haki
Wpijają się w drzewa bez pardonu
Potem biorą co najlepsze dla siebie
Ani myśląc się tłumaczyć, bo komu?

Na najniższym piętrze tego lasu
Spowitym przez mroki i cienie
Wyłonił się chyba z niebytu
Ten, którego śpiewamy tu dzieje

Poznaj Ako
Kim jest Ako?

On ostrzeże przed wężem
Ciemności rozświetli
I rzuci się w przepaść
Na ratunek pisklętom
Nikogo nie zjada
I niczego nie niszczy
Choć gdy trzeba
Pancerzyk mu iskrzy

Poznaj Ako
Kim jest Ako?

Ja nie wiem kim on jest
Ale na pewno wiem, kim nie jest
Nie jest tchórzem, samolubem,
Ani leniem
Wszystkich wokół
Intryguje szalenie

Wtem zakłócono ogólne koncertowanie. To małpy ze stada Kapki gromadnie zaczęły bojkot muzycznej fiesty, wrzeszcząc i strasząc mniejsze i słabsze zwierzęta. Najgłośniej zachowywała się Kapka, która wołała:
- Pokaż się Ako, taki z ciebie bohater, a chowasz się bez przerwy, kiedy tylko zobaczysz większą grupę zwierząt!
- Co to za afera z tą odwagą? - wtórowała Kapce jej mama:
- Rzucanie się na łeb, na szyję z wysoka do wody, nawet nie wiedząc czy się umie pływać to głupota, a nie bohaterstwo.
Wesoły nastrój ulotnił się w mgnieniu oka. Wszyscy wrócili do swoich spraw, większość w duchu przyznała małpkom rację. Tylko Nuppi z ukrycia próbował cichutko protestować i mówił w obronie Ako:
- Nie macie pojęcia, jaki on jest samotny. Nie ma rodziny, nie wie kim jest. Dopiero poznaje sam siebie. Moglibyśmy mu pomóc, zamiast urządzać widowiska na przemian z awanturami.
Jednak słowa małego drzewołaza, jak nietrudno się domyślić, przeszły bez echa.

ROZDZIAŁ IX
ADI JEDZIE NA ZIELONĄ SZKOŁĘ

Zbliżał się termin wyjazdu na zieloną szkołę i Adi musiał przerwać opowiadanie bajki o Ako. Nie bardzo wiedział, jak powiedzieć małej siostrze, że jutro nie będzie dalszego ciągu historii, a wieczorem nie dokończą kolejnego rozdziału. Chłopiec próbował rozmawiać o tym z rodzicami, ale zbagatelizowali jego problem. Tata zadeklarował, że wymyśli jakąś inną historię, "zastępczą", jak to określił. Adam musiał być na zbiórce już o 6 rano, więc wyjechał z mamą, kiedy Adelka jeszcze spała.
Ojciec, który zgodnie z obietnicą, na czas nieobecności syna odwołał wszystkie wyjazdy w delegacje, skrócił czas pracy do możliwego minimum i dał pani Ko dwa tygodnie urlopu. Postanowił zająć się sam odwożeniem córki do przedszkola. Trzeba niestety powiedzieć, że "Często Wyjeżdżający Tata" nie miał pojęcia co go czeka. Dla córki, jego obecność w domu zawsze oznaczała świetną zabawę i wiązała się z czasem wolnym. Adelka robiła więc wszystko, żeby nigdzie nie wychodzić. Najpierw udawała, że nie może się obudzić. Potem schowała pod łóżkiem buciki.
W końcu pozwoliła się ubrać i usiadła na ławeczce w przedpokoju, gdzie zawsze słuchała bajek. Dziewczynka miała bardzo smutną minę, więc tata zaczął jej tłumaczyć, że dwa tygodnie szybko miną i Adi opowie jej dalszy ciąg przygód dziwnego stworzenia, a teraz on zastąpi przygody Ako bajką o Czerwonym Kapturku. Jednak dziewczynka na wszystkie kolejne propozycje tytułów odpowiadała to samo: "Już znam, chcę coś innego!". W końcu zbity z tropu mężczyzna postanowił przerobić na bajkę swój ostatni wyjazd w delegację:
"Tatuś małej dziewczynki i jej starszego brata zawsze bardzo tęsknił, kiedy obowiązki w pracy zmuszały go..."
Jednak Ada wcale go nie słuchała, pobiegła do pokoju i próbowała zapakować do małego plecaczka wszystkie swoje ulubione zabawki, a ponieważ się nie mieściły, powiedziała, że nie ma pojęcia, które wybrać i zaczęła płakać.
Zrozpaczony tata zadzwonił do "Bardzo Zajętej Mamy" po wsparcie. Mama Adelki właśnie szykowała ważną prezentację w pracy. Chcąc szybko przekonać córkę do wyjścia obiecała jej, że jeżeli pójdzie grzecznie z tatusiem do auta i pojedzie do przedszkola, to po południu otrzyma super niespodziankę. Kryzys wydawał się zażegnany.
Wieczorem okazało się co takiego wymyśliła mama Ady. Otóż, kupiła opowiadacza bajek. Plastikową, elektroniczną zabawkę, która miała: kształt wróżki, różdżkę, niebieskie włosy, oraz zapas sukienek zapinanych na trwale przymocowane do korpusu, różnokolorowe guziczki. Pod każdym z nich kryła się inna, krótka bajeczka, a podczas odsłuchiwania jej, magiczna różdżka w ręku wróżki świeciła jak gwiazda. Żeby posłuchać opowieści trzeba było nacisnąć na wybrany guzik. Dziewczynka była zachwycona.

ROZDZIAŁ X
ZIELONA SZKOŁA

Adam nie miał w swojej klasie przyjaciół i kiedy przydzielano pokoje, w których mieli zamieszkać uczniowie, został przez nauczycielkę dokoptowany, niejako na siłę, do zgranej paczki kolegów. W jednym z dwupokojowych modułów mieściła się szóstka dzieci. Pierwsze pytanie jakie padło z ust klasowego prowodyra brzmiało:
- Nowy! Mam nadzieję że nie chrapiesz i nie będziesz dzwonił co chwilę do mamusi? Bo jak tak, to wypad na korytarz!
Pozostali, oczywiście nie czekając na odpowiedź, roześmiali się ze słów swojego niepisanego przywódcy. Adam był przyzwyczajony do bycia "Nowym". Ze względu na związane z pracą taty częste przeprowadzki, prawie do każdej klasy chodził w innej szkole, więc umiał się bronić. Wzruszył ramionami i powiedział:
- Wolę nawet chrapać w nocy, niż cały czas warczeć w dzień jak ty, a z tego co słyszałem w autobusie, to do ciebie mamusia wydzwaniała przez całą drogę.
Adam słusznie przewidział, że Patryk, (który nawet na szkolnym korytarzu, pod okiem dyżurującego nauczyciela, próbował zastraszać innych) zechce i jego sobie podporządkować. Pytanie brzmiało czego spróbuje, czy agresji słownej, czy rękoczynów. Na oba rodzaje przemocy chłopiec miał receptę wypracowaną przy pomocy rodziców, obraźliwe słowa neutralizował kpiną, a próby uderzenia go chwytami samoobrony, które ćwiczył od małego. Za chwilę, próbujący uderzyć Adiego, Patryk leżał obezwładniony na środku pokoju z twarzą wykrzywioną bólem i upokorzeniem. Jego wrzask: „Puszczaj mnie!” - Usłyszał przechodzący wychowawca IV b, klasy która wyjechała razem z IV a. Na szczęście był to bardzo sprawiedliwy i dociekliwy pedagog. Zamknął drzwi, nie zrobił afery na cały hotel, tylko wysłuchał relacji obu skłóconych stron, potem poszedł naradzić się z innymi nauczycielami. Postanowiono przenieść Patryka do jednoosobowego pokoju. Szybko okazało się, że pozbawiona złego przywództwa grupa jest złożona z całkiem sympatycznych i mądrych chłopców.
Adam zabrał ze sobą prezent otrzymany od dziadka, był to teleskop, który ustawił na balkonie. Po pewnym czasie jego pasją w obserwowaniu gwiazdozbiorów zainteresowało się wiele osób. W czasie wolnym, kiedy większość grała w gry, oglądała telewizję, lub surfowała w internecie, grupa zgromadzona wokół Adiego dowiadywała się pasjonujących rzeczy. Jednak nie trwało to długo. Swoim entuzjazmem chłopiec porwał na stałe tylko dwóch kolegów, w świat planet, gwiazd i wielkich przestrzeni, o których mógł opowiadać godzinami.
W ten sposób Adi zdobył przyjaciół, a dwa tygodnie minęły bardzo szybko, jednak jego siostrze dłużyły się i dłużyły.
Pomysł mamy, z elektroniczną zabawką opowiadającą bajki, zdał egzamin tylko przez kilka pierwszych dni. Później Ada znała już na pamięć treść wszystkich opowieści. Przebieranie wróżki, w odpowiadające tematowi historii stroje, też szybko przestało interesować dziewczynkę.
Wreszcie nadszedł tak długo oczekiwany dzień. Adam wrócił do domu i Adelka mogła usłyszeć dalszy ciąg przygód Ako, któremu nadała drugie imię - Migś.

ROZDZIAŁ XI
RATUNEK

Ako nie słyszał ani piosenki o nim, ani też nie widział awantury urządzonej przez stado Kapki. W dniu, który ostatnio opisywał Adi, nasz bohater wybrał się na wędrówkę w dół rzeki. Miał nadzieję, że znajdzie delfina, a własciwie delfinkę (nazwał ją Inia), swoją wybawicielkę z nurtu wody. W pełni rozłożone pięć płatków uszu Ako świadczyło o wyjątkowym wytężeniu słuchu. W pewnym momencie z oddali dobiegł do wędrowca przenikliwy dźwięk. Był to przekaz od Inii. Na szczęście Ako rozumiał mowę wszystkich roślin i zwierząt, które dotąd się z nim komunikowały. Delfin kategorycznie zakazywał dalszej wyprawy mówił:
- Wiem, że idziesz brzegiem rzeki, ale ostrzegam ciebie i wszystkich, którzy mnie słyszą i rozumieją, w waszym kierunku płyną źli ludzie. Na łodzi mają klatki, będą w nich zamykać zwierzęta złapane na sprzedaż. Jeżeli cenicie wolność, ukryjcie się jak najstaranniej.
Ako odszedł już spory odcinek drogi od rejonu, w którym się wyłonił i poznał Kapkę, Nuppiego oraz innych mieszkańców lasu. Musiał poszukać kryjówki tutaj, gdzie był. Zauważył sporą grupę wędrujących drzew. Pobiegł, na ile pozwalały mu jego niezbyt chyże nogi, i wsunął się pomiędzy napowietrzne korzenie, takie jakie miała Pony. Widział przepływającą łódź i tych, których Inia nazwała ludźmi.
Komuś, kto nigdy nie widział człowieka, ci dwaj osobnicy zaprezentowali najgorszy z możliwych wizerunków. Mieli zły wyraz twarzy, nieprzyjazne spojrzenia i niechlujne ubrania. Kiedy minęli kryjówkę Ako, wyłączyli silnik i zaczęli przybijać do brzegu. Po przycumowaniu okazało się, że był jeszcze trzeci człowiek w łodzi, dużo niższy od dwóch pozostałych, którzy ruszyli przed siebie, z maczetami, bronią i siatkami na zwierzęta. Mężczyzna pilnujący łodzi długo trwał w bezruchu obserwując otoczenie, ale w końcu się zmęczył nic nierobieniem i postanowił pospacerować. To wykorzystał Ako, cichutko znikając w zaroślach, a gdy oddalił się nieco od niebezpiecznego rejonu, zaczął wspinaczkę na wysokie drzewo, z którego mógł bezpiecznie obserwować łódź.
Po kilku godzinach rozległ się głośniejszy od gwaru lasu, przeszywający dźwięk, a później drugi i trzeci, aż zapadła niezwykła w tym miejscu cisza. Nie trwała długo. Po chwili drzewa szeleszcząc opowiedziały co się stało. Wszystkie rośliny były połączone ze sobą systemem lian i mnóstwem innych pnączy tak, że utworzyły coś na kształt roślinnej, leśnej sieci internetowej. Dzięki niej, do najdalszych zakątków lasu, na bieżąco docierały wszystkie wiadomości, szczególny priorytet miały te o niebezpieczeństwie.
Okazało się, że mężczyźni schwytali kilka kapucynek i uśpili je, a później, (zaatakowani przez jaguara, który polował na polujących) zaczęli strzelać w samoobronie. Strzały wypłoszyły czteronożnego drapieżnika, dwunożni, o wiele gorsi, zostali i przytaszczyli do łodzi złapane małpki. Jaguar polował, żeby przeżyć, natomiast ludzie z chciwości. W leśnej sieci zawrzało, rozniosła się wieść, że jest pięć złapanych małpek, a wśród nich wymieniano Kapkę.
Niestety, ale Ako nie rozumiał mowy ludzi, za to znało ją bardzo dobrze stare drzewo, które dotąd wychodziło z założenia, że kilkset lat na karku daje mu prawo do milczenia. Teraz patrząc na małe małpki w rękach wielkich zbirów, służąc jako tłumacz, dostarczyło bezcennych informacji
Mężczyzna w obszarpanym, brązowym kapeluszu mówił:
- Przenocowałbym na łodzi i rano poszukał jeszcze pigmejek, mamy zamówienie na co najmniej dwadzieścia sztuk.
Jego kompan charakteryzujący się szramą na policzku i popsutymi zębami odpowiedział:
- Lepiej spróbujmy w innym miejscu, ten jaguar może wrócić, a kolejne strzały wypłoszą resztę zwierząt. Schwytamy więcej kapucynek, bo łowienie pigmejek to jak łapanie pcheł, małe to, a skacze pięć metrów.
Do rozmowy wtrącił się trzeci ze zbirów:
- Proponuję zostać tutaj i nie tracić czasu na szukanie lepszego rejonu, już robi się ciemno. Przenocujemy na łodzi, każdy po kolei będzie trzymał wartę.
Kłusownicy posłuchali właściciela wielkiego, czerwonego nosa i zostali na miejscu.
Stare drzewo poinstruowało Ako:
- Wiesz, że masz niezwykłe możliwości, umiesz razić prądem. Musimy opracować plan pokonania tych porywaczy.
W pełnej konspiracji drzewo i mały Ako przygotowywali kontratak.
Wszystko rozegrało się nocą, kiedy sen zmorzył nawet pełniącego wartę mężczyznę, a muszki puri-puri posłuchały obrońców małpek i powstrzymały się przed gryzieniem ludzi, żeby nie zbudzić wroga. Ako skoczył ze stojącego nad brzegiem rzeki drzewa i wylądował cicho na łodzi. Klatki z małpkami, które wciąż spały odurzone przez kłusowników, znajdowały się na rufie, a dwaj mężczyźni spali pod pokładem. Ako poraził wartownika, który drzemał oparty o burtę, a ten po serii konwulsji stracił przytomność. Następnie, główny bohater misji ratunkowej, zszedł pod pokład i obezwładnił dwójkę pozostałych. Teraz do akcji wkroczyło stado Kapki, obszukując ludzi i zabierając im klucze od klatek. Wszyscy się śpieszyli, bo nie było wiadomo na jak długo energia Ako uśpiła kłusowników. Wkrótce małpki były wolne, bliscy zabrali je do domu. Również mały wybawiciel uciekł w głąb lasu, zanim mężczyźni odzyskali siły. Kiedy trzej bandyci oprzytomnieli, niezdarnie próbowali wstać, jednak minęło pół godziny zanim odzyskali czucie w rękach i nogach. Byli oni tak przerażeni tym, co ich spotkało, że odpłynęli jak najszybciej, nie oglądając się za siebie.
Ako został, teraz już jednomyślnie, okrzyknięty bohaterem. Do dziś krążą o nim legendy. Jedni mówią, że to było zwykłe zwierzę, nowy, wcześniej nie odkryty gatunek. Inni, że przybysz z kosmosu. Jeszcze inni widzieli w nim, wyklutego z prastarego jaja, smoka.
Jedno jest pewne, Ako pojednał się z Kapką i jej stadem. Małpka przeprosiła za swoją pychę i impertynencję, po czym ogłosiła, że Ako jest największym przyjacielem roślin i zwierząt, a ona już nigdy nie będzie się wyśmiewać z innych, nawet jeżeli nie będą podobni do żadnej ze znanych jej istot.
Najwięcej o tym, kim jest Ako mógł opowiedzieć Nuppi, który zaprzyjaźnił się z przybyszem, ale milczał, jakby był związany przyrzeczeniem utrzymania prawdy w sekrecie. Rąbka tajemnicy uchyliła Inia, deklamując pewnego dnia zagadkowy wiersz:
Wyprzedź o krok
Promieni bieg
Wyostrzysz wzrok
Odkryjesz brzeg
I chociaż ląd
W przeszłości tkwi
Wyniesiesz stąd
Potęgę chwil
By sprawdzić cię
Zbudzono sny
Co łączą Ja
Ze słowem My

ROZDZIAŁ XII
NA KOGO WYROŚLI?

Jak myślicie? Na kogo wyrośli Ada i Adi?
Nietrudno zgadnąć.
Adam został astronomem. Amatorski teleskop zamienił na wielkie obserwatorium. Wyobraźcie sobie, ile on teraz może zobaczyć gwiazd, skoro gołym okiem widać ich niemal cztery tysiące, na nocnym niebie. Wielkim marzeniem Adama jest odkrycie nieznanego ciała niebieskiego i możliwość nadania mu wybranej przez siebie nazwy.

Ada, której pasją są zwierzęta lasów deszczowych miała już to szczęście, że mogła nazwać nowo poznany gatunek sporej jaszczurki, o błyszczącej jak wypolerowany malachit skórze.
Tak, tak! - Nadane imię to oczywiście – AKO.

Copyright 2016-2017 Jadwiga Gala

Sztuczny horyzont

czy korzystasz ze sztucznego horyzontu
wokół jak przystało na niebo
brak punktów odniesienia
a przecież widok słońca nie wystarczy
żeby  wylądować 
czasem nie pomoże nawet
rozpostarty w porę spadochron snu
do ziemi  wcale nie jest
tak daleko, jak sądza twoje zmysły
spójrz, jak odchyliłeś się od rzeczywistości
nie szkodzi, że prawdziwy jest bardziej odporny na burze
ponad poziomem chmur
wolę sztuczny horyzont

zimne guziki

dopóki jest falą
kołysze polne dzwonki
zmierza do brzegu
choć nie potrafi
wrócić w głąb
rozkwitłej łąki
 
a kiedy poodpina
zimne guziki i uwolni ciało
zobaczysz jak dookoła
wiruje chaos

Spis gwiazd

co nienazwane
istnieje jeżeli
zostawia jakikolwiek ślad
zostaną spisane gwiazdy
złapiemy miliard sprawców
wypaczeń przestrzeni
śledztwo już zlecono
nie pozostaną bezkarne
ciemne siły
marszczące przestrzeń
odkryjemy też
drugie dno
w walizce taszczonej
przez czas

Słowna kula

trudno powiedzieć
co jest zalążkiem
słowa czasem
przychodzą znikąd
i milkną niezapisane
są też takie
co mają moc
przyciągania
wtedy tworzą
słowną kulę
co toczy się coraz szybciej
porywając zdarzenia
wyprzedzając czas
w poprzek
horyzontu

piosenka

 
wstaje dzień
czarno-biały
iskry mrozu trzaskają
drzewa w jasnych płomieniach
cisza pada wraz z śniegiem
na kolorów cienie

piosenki ciąg dalszy

 
barw promienie nie wskrzeszą
słońce w chmurach ugrzęzło
nieprzetarty horyzont
wzrokiem nie ma
gdzie sięgać

Strony